Coraz mniej darmowego jedzenia. Fundacja dokarmiająca najbiedniejszych musiała ograniczyć działalność

PIASECZNO Już ponad dwa lata Fundacja Pomocy Bezrobotnym i Bezdomnym Domus et Labor prowadzi akcję dożywiania najuboższych na terenie dawnego żłobka miejskiego przy ul. Chyliczkowskiej 47. Kiedyś jedzenie było rozdawane pięć razy w tygodniu, teraz trafia do potrzebujących tylko w poniedziałki, środy i piątki


Najbardziej potrzebujące osoby jeszcze do ubiegłego tygodnia przychodziły po jedzenie cztery razy w tygodniu. Teraz „wypadł” z tego jeszcze wtorek. Gdy w piątek tuż przed godz. 14 zjawiamy się na miejscu, około 40 osób tłoczy się za rozciągniętą wzdłuż żłobkowego skweru gumową taśmą. Kilka metrów za nią zostały ustawione kartony z jedzeniem. Za chwilę taśma zostanie opuszczona i głodni ludzie rzucą się na produkty spożywcze, aby czym prędzej wybrać co lepsze kąski.

Trudne sytuacje życiowe

– Przychodzimy tu, bo jesteśmy biedni – mówi otwarcie Norbert Budyta, bezrobotny z Konstancina-Jeziorny. Obok stoi pan Mirek (prosi, aby nie podawać jego nazwiska) z Kędzierówki. – Z pomocy korzystam ponad rok – mówi. – Jestem, gdy tylko rozdają jedzenie, czyli do tej pory cztery razy w tygodniu. Dlaczego? Jestem po prostu głodny. Ta pomoc musi zostać utrzymana. Nikt nie przychodzi tu dla przyjemności.
W kolejce stoi też wielu emerytów, przeważnie starszych kobiet. Zofia Wójcik z Żabieńca ma 72 lata i chorego na nowotwór męża.
– On nie jest w stanie już nic zarobić i wymaga stałej opieki – mówi łamiącym się głosem, wycierając spływające z oczu łzy. – Nasz jedyny dochód to 1000 zł mojej emerytury. Za co mamy żyć?

Zimą po darmowe jedzenie zawsze przychodzi co najmniej 40 osób

Janusz Marian Bołożuk, prezes Fundacji Pomocy Bezrobotnym i Bezdomnym Domus et Labor, ma już 75 lat i jak sam przyznaje, pomaga najuboższym nie dla zysku, ale dlatego, że kocha ludzi. Wcześniej zaopatrywał ich w artykuły spożywcze i ubrania na miejskim targowisku. Teraz w tamtym miejscu powstaje szkoła, a on przeniósł się do budynku dawnego żłobka. – Nasze motto brzmi: „nie pytamy skąd przychodzisz”, bo wychodzimy z założenia, że z tej pomocy korzystają tylko osoby z przysłowiowym nożem na gardle – mówi Bołożuk. – Są to nie tylko najbiedniejsi, ale też często ludzie z uzależnieniami. Trafiają się Ukraińcy, którym również nie odmawiamy kawałka chleba. Osoby stojące w kolejce nie są ewidencjonowane. Nie chcemy ich dodatkowo upokarzać.
Po chwili taśma zostaje opuszczona i głodni ludzie rzucają się na jedzenie. Mija kilka minut i kartony są niemal puste. Większość osób natychmiast się rozchodzi. Kto chce, może wejść jeszcze do budynku żłobka i wybrać sobie czyste, suche ubrania. Wcześniej fundacja pobierała za nie symboliczną opłatę, teraz rozdaje wszystko za darmo.

Coraz mniejszy budżet

Skąd fundacja bierze jedzenie dla najuboższych? Okazuje się, że jej głównym dostawcą jest w tej chwili duża sieć marketów spożywczych. Pracujący w Domus et Labor wolontariusze objeżdżają wysłużonym lublinem sklepy, zbierając stary chleb,
ścinki wędlin, kości, na których z powodzeniem można ugotować zupę oraz warzywa i owoce nie pierwszej świeżości. Wszystko na miejscu jest sortowane, a produkty nie nadające się już do jedzenia, trafiają na śmietnik. Resztę przekłada się w skrzynki i kartony, a następnie wystawia na skwerze przed budynkiem dawnego żłobka. Wydziałowi podlega tylko chleb, mięso i wędliny.
– Jest porządek, bo ludzie pilnują się sami. Znają swoje potrzeby i dbają, żeby nikt nie brał więcej jedzenia niż potrzebuje – mówi Janusz Bołożuk. – Mamy tu pewne zasady, których przestrzegamy. Nie rozdajemy jedzenia nietrzeźwym, pilnujemy także, aby nim nie handlowano, bo takie przypadki też wcześniej się zdarzały.
Fundacja od lat korzysta z dobrej woli i wsparcia gminy Piaseczno. Wcześniej mogła liczyć na roczną dotację w wysokości 30 tys. zł. Pieniądze głównie pokrywały koszt utrzymania samochodu, służącego do przywożenia jedzenia. W ubiegłym roku dotacja została zmniejszona do 20 tys. zł, w tym już tylko do 10 tys. zł.
– Właśnie piszę list do Orlenu z prośbą, aby dali nam do lublina 2000-2500 litrów paliwa. Może się uda – mówi Janusz Bołożuk. – Chcemy też nawiązać współpracę z większą liczbą marketów, aby mieć większy wybór lepszego gatunkowo jedzenia. Jestem dobrej myśli i wierzę, że to tylko przejściowe problemy i niedługo będziemy mogli zwiększyć częstotliwość rozdawania jedzenia. Działamy już ponad 15 lat i to co robimy jest ważne. Nie chcę, żeby ludzie szukali resztek po śmietnikach, a sklepy wyrzucają przecież całe samochody żywności.

Tomasz Wojciuk

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wprowadź komentarz !
Podaj swoje Imię