Dziewczyna z gwizdkiem

Urszula Matracka, 19-letnia mieszkanka miejscowości Wsola w powiecie radomskim od kilku lat jest sędzią piłkarskim. Spotkać ją można, między innymi, prowadzącą amatorskie turnieje piłkarskie w powiecie piaseczyńskim. Jak to jest być kobietą z gwizdkiem biegającą wśród 22 rozentuzjazmowanych mężczyzn skupionych na kopaniu futbolówki?

Zainteresowanie piłką nożną wśród płci pięknej było kiedyś ewenementem. Pamiętam, że kiedy jeszcze chodziłem do szkoły podstawowej w latach 90. ubiegłego stulecia, miałem w klasie jedną koleżankę, która grała razem z chłopakami – oczywiście kiedy tylko jej na to pozwalaliśmy. Radziła sobie zupełnie nieźle, choć przyznam, że była przez naszą społeczność traktowana trochę jako ciekawostka – z dużą rezerwą i niemałą nutą ironii. Dziś świat się zmienił i dziewczyny grające w piłkę nie są już niczym szczególnym – jest ich coraz więcej i są coraz lepsze, o czym świadczy choćby liczba zawodniczek, która przewinęła się przez klub KS Gosirki Piaseczno.

Zostać kobietą z gwizdkiem

Piłką nożną Urszula Matracka interesowała się już od najmłodszych lat. Jej ojciec jest zapalonym kibicem Radomiaka Radom.
– Kiedyś grałam razem z dziewczynami, ale nie wyszło mi jako zawodniczce – przyznaje. – Trenowałam przez okres około pięciu lat, ale – ze względu na częste kontuzje – niewiele pojawiałam się na boisku. Potem chodziłam z ojcem na mecze Radomiaka, kręciło mnie to, aż w końcu sędziowie – koledzy taty namówili mnie żebym poszła na kurs sędziowski.
Bohaterka niniejszego tekstu udała się na niego mając zaledwie 16 lat. A jak go wspomina?
– Przez prawie pół roku uczyliśmy się przepisów, oglądaliśmy i omawialiśmy klipy z meczów, a na koniec był egzamin teoretyczny składający się z 30 pytań zamkniętych, no i test kondycyjny (interwały biegowe) – mówi Urszula Matracka. – Wcześniej nie zwracałam szczególnej uwagi na pracę arbitrów. Zaczęło się to dopiero podczas kursu i trwa do dziś. Interesuje mnie na przykład to jak arbitrzy się ustawiają, poruszają na boisku i jaką mają gestykulację.
A jaki, jej zdaniem, powinien być idealny sędzia?
– Przede wszystkim powinien znać przepisy, mieć twardy charakter i nie załamywać się, bo w trakcie meczu można usłyszeć różne rzeczy – wymienia Ula. – No i oczywiście trzeba mieć jeszcze odpowiednią kondycję.
Co ciekawe, wśród sędziów pojawia się coraz więcej pań, a na kursie, w którym uczestniczyła Ula było ich około 30 procent. Po zdaniu egzaminu ich kariera z gwizdkiem trwa jednak zwykle krócej niż wśród panów. Powody bywają różne, ale najczęstszym z nich jest psychika, bo… mało która kobieta lubi być wyzywana z powodu swojej pracy.

Szatnia w przedszkolu

Dzięki solidnemu przygotowaniu udało się Uli zdać egzamin już za pierwszym razem.
– Jeżeli ktoś się przykładał na kursie, to zaliczenie testu nie było jakoś specjalnie trudne – przyznaje.
Na początku przyszło jej prowadzić spotkania dzieci (U-8 czy U-9), które są w pewnym sensie nauką przepisów i gestykulacji w praktyce. Paradoksalnie nie jest to łatwy start dla arbitrów. Na meczach dzieci często pojawiają się bowiem rodzice, którzy potrafią mocno podkręcić atmosferę zawodów i… nieźle nawrzucać sędziom.
– Nie zawsze dają oni dobry przykład swoim pociechom – uważa Urszula Matracka. – Spotkania z udziałem dzieci są jednak bardziej szczere, a grają one głównie po to żeby się bawić, a nie żeby zrobić komuś na złość albo krzywdę.
Następnie przyszło Uli sędziować na linii spotkania B klasy.
– Moim pierwszym meczem seniorów było spotkanie Tęczy Augustów, ale już nie pamiętam z kim – mówi. – W pamięci pozostało mi za to boisko i to jak bardzo różniło się ono od tych, które widzę w telewizji. Byłam jedyną kobietą w trójce sędziowskiej. Przyjechałam i myślałam, że będzie tam jakaś szatnia. A tu wprowadzają mnie do przedszkola i każą się przebierać w sali. Potem wychodzę na boisko, a tam dziesięć metrów od murawy są tory, jeżdżą pociągi i nie słychać gwizdka. A linie na boisku przypominały bardziej parabole niż proste.
Przyznaje, że jej sędziowski debiut to była tragedia.
– Każdy mi mówił, że na początku to będą mi się nawet strony myliły – sięga pamięcią Urszula Matracka. – Myślałam, że przesadzają, ale gdy się jest na boisku pierwszy raz, to jest naprawdę ciężko. Trzeba po prostu trochę posędziować żeby poczuć ten klimat.

Nazwał mnie ślepą p…ą

Jako kobieta Ula narażona jest na szczególną uwagę ze strony kibiców piłkarskich.
– Jeszcze zanim zaczęłam prowadzić mecz, to już usłyszałam z trybun, że „kobieta to do garów, a nie na boisko” – wspomina. – Na początku bardzo się tym przejęłam i byłam wręcz załamana.
Mimo wszystko uważa, że jako kobieta-sędzia ma jednak trochę łatwiej.
– Do pań mężczyźni nie mają tyle agresji co do panów-sędziów – podkreśla. – Zauważyłam, że zwracają się do mnie nieco delikatniej niż do kolegów. Czasem w rozładowaniu nadmiernych emocji pomaga mi uśmiech, dzięki któremu moje decyzje przyjmowane są spokojniej.
– Sędziowanie to jednak duży stres – mówi Urszula Matracka. – Zwłaszcza na B klasach, gdzie trybuny ma się właściwie za plecami, cały czas krzyczą teksty w stylu „Niuńka, ogarnij się!” albo „Księżniczko, z baletów wróciłaś?”. Staram się jednak od tego odciąć.
Podobnego rodzaju docinków nasłuchała się już bardzo wiele, ale niektóre przekroczyły niestety jakąkolwiek dopuszczalną granicę chamstwa.
– „Ty ślepa p…o!” usłyszałam od jednego z piłkarzy na meczu B klasy – wspomina Ula. – Dostał za to czerwoną kartkę, ale po meczu przeprosił za swoje zachowanie.
Z tego typu reakcjami spotyka się na szczęście rzadko, a najczęściej to trenerzy reagują bardziej zdecydowanie niż zawodnicy.
– Z piłkarzami trzeba też umieć rozmawiać – zdradza.
Zdarza się jednak, że pani sędzia przyjmowana jest bardzo miło. Po turnieju (np. dzieci) ludzie potrafią do niej podejść i pochwalić za wykonaną pracę.

Błędy są rzeczą ludzką

Nie zapominajmy, że człowiek jest tylko człowiekiem. Sędziowie nie są tu wyjątkiem i też popełniają błędy, ale na boisku arbiter powinien być przede wszystkim pewny siebie.
– Oczywiście zdarza mi się popełniać błędy i po meczach przeprosić za swoje decyzje – mówi Ula. – Najtrudniejszą decyzją do podjęcia jest chyba ręka w polu karnym. Przy ocenie danej sytuacji należy wówczas brać pod uwagę wiele czynników. To w ogóle jest ciężki temat.
Urszula Matracka przyznaje, że bardziej odnajduje się na linii niż na środku boiska. Wiąże się to z mniejszą odpowiedzialnością niż bycie głównym arbitrem. A jakie są minusy tego zawodu? Przede wszystkim zajęte prawie wszystkie weekendy, sporo czasu poświęconego na treningi sprawnościowe i ciągła nauka zmieniających się często przepisów.
– Mimo wszystko zaraziłam się już tym sędziowaniem i chciałabym kontynuować swoją karierę arbitra – kończy Urszula Matracka.

Grzegorz Tylec

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wprowadź komentarz !
Podaj swoje Imię